Cichy Fragles

skocz do treści

Z dedykacją dla kaczystów, ziobrystów i gowinistów

Dodane: 11 października 2012, w kategorii: Polityka

- A co będzie, jeśli dziecko urodzi się upośledzone? - Powiększy nasz elektorat
Żródło: „The best of Sawka”, Iskry 2008, strona 39

Powyższy obrazek Henryka Sawki powstał, jeśli dobrze pamiętam, jeszcze w zamierzchłych latach 90-tych, ale jak widać, aktualność ciągle zachowuje…


„A nauka też się myli…”

Dodane: 7 października 2012, w kategorii: Nauka

Jeden z rzadziej używanych, ale bardziej mnie drażniących argumentów antyracjonalistów wszelkiej maści: było wiele teorii, które świat naukowy powszechnie uznawał, a które potem okazały się błędne (chociażby flogiston, eter czy lamarkizm), więc naukowcom nie można zbytnio ufać – skoro mylili się w tamtych sprawach, to może (czytaj: prawie na pewno) się mylą także w kwestii ewolucji czy ocieplenia klimatu. Logiczne, prawda?

Na pierwszy rzut oka owszem, ale w rzeczywistości ta argumentacja ma przynajmniej kilka poważnych felerów, które trzeba wypunktować, żeby postawić sprawę we właściwym świetle:

Po pierwsze: nikt nie jest nieomylny i oczywiście nauka nie stanowi tu wyjątku – nie jest to doskonała metoda odkrywania prawdy, a „tylko” najlepsza, jaką znamy. I żadne odosobnione pomyłki, zwykle zresztą dotyczące pomniejszych niuansów a nie kwestii fundamentalnych, tego faktu nie zmieniają, tak jak żadna porażka Małysza nie zmieniła faktu, że był on najwybitniejszym polskim skoczkiem narciarskim w historii – jakkolwiek słaba to analogia, bo przewaga Małysza nad pozostałymi naszymi skoczkami nigdy nawet się nie umywała do gigantycznej przewagi metody naukowej nad wszelkimi innymi metodami poznawczymi, jakie kiedykolwie próbowano stosować. Małyszowi zdarzało się przegrywać w pojedynczych konkursach z innymi Polakami, natomiast nauka nigdy na swoim polu nie musiała uznać wyższości konkurencji w jakiejkolwiek, choćby trzeciorzędnej sprawie. Nigdy, drodzy kreacjoniści.

Po drugie: niemal wszystkie poważniejsze pomyłki naukowe miały miejsce przed uformowaniem się nowoczesnej, profesjonalnej nauki. Pamiętajmy, że w czasach przednowożytnych nauka nigdy nie była przemysłem, tylko zaledwie manufakturą, nie znającą jeszcze zbyt dobrze swoich słabości (jak np. efekt potwierdzenia), nie stosującą narzędzi typu peer review, podatną na siłę autorytetów itd. Te czasy jednak dawno minęły – dziś nauka to przemysł pełną gębą, bardzo konkurencyjny i bezlitośnie tępiący błędne teorie. Każdy ważniejszy problem jest atakowany ze wszystkich możliwych stron przez rzeszę specjalistów, wzajemnie się kontrolujących i szukających najdrobniejszych dziur w rozumowaniu – w takich warunkach prześlizgnięcie się jakiegokolwiek znaczącego błędu (nie mówiąc o całej teorii) graniczy z cudem, a nawet jak się już taki przypadek zdarzy, to jego konsekwencje szybko zostaną zauważone podczas dalszych badań.


Karton przyjazny dla środowiska

Dodane: 29 września 2012, w kategorii: Absurdy
Podstawowy materiał w tym opakowaniu to papier. Pochodzi z drewna, surowca odnawialnego.
Wybierając produkty w kartonach Tetra Pak odpowiedzialnie korzystasz z naturalnych zasobów Ziemi.

Tekst o takiej treści i tytule znalazłem na opakowaniu soku Garden. Muszę przyznać, że inwencja marketingowców nigdy nie przestanie mnie zadziwiać – papier z drewna, no niesamowite, a konkurencja to pewnie robi papier z ropy i węgla. Jestem pod wrażeniem i czekam na informację w podobnym tonie, że sam sok też mają ekologiczny, bo składający się głównie z wody.

Jak i niektóre mózgi.


Portalowa hierarchia ważności

Dodane: 23 września 2012, w kategorii: Absurdy, Net

Screen ze strony głównej gazeta.pl, grubo ponad dobę po wydarzeniu roku. Ech, ech i jeszcze raz ech…


Wolność słowa, wolność obrażania

Dodane: 17 września 2012, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Zebrało się ostatnio parę głośnych spraw związanych z tytułowymi problemami, nie od rzeczy byłoby zatem wtrącić swoje trzy grosze. Albo i cztery.

Sprawa pierwsza: Pussy Riot. Sporo było wokół nich hałasu, ale ciężko było wyłowić niego jakieś wyważone głosy – dominowało czarno-białe podejście, bądź to broniące ich występu w imię wolności słowa, bądź to potępiające za szarganie świętości. Tymczasem sprawa czarno-biała nie była. Liczne porównania z Nieznalską nie uwzględniają tej znaczącej różnicy, że Nieznalska wystawiła swoją pracę w galerii sztuki, gdzie posłowie LPR musieli się celowo wybrać (zapewne pierwszy raz w życiu), żeby dać się obrazić – natomiast „Puśki” wtargnęły do cerkwi, na dodatek w trakcie mszy, bezceremonialnie włażąc z butami w cudzą przestrzeń, czego żadną miarą nie da się obronić jako uprawnione korzystanie z wolności słowa. Tam się nie dało powiedzieć „nie chcesz, to nie oglądaj” – wiernych w cerkwi nikt nie pytał, czy mają ochotę oglądać ten koncert.

Nie znaczy to jednak, że wyrok dwóch lat więzienia można uznać za sprawiedliwą karę – w normalnym kraju tego typu akt chuligaństwa kwalifikuje się co najwyżej na grzywnę, może w ostateczności symboliczny wyrok w zawieszeniu. Rosja normalnym krajem nie jest, ale i tam pewnie czymś podobnym by się skończyło, gdyby Pussy Riot zaśpiewały „Bogurodzico, błogosław Putina” albo w ogóle coś apolitycznego. Kto nie urodził się wczoraj, ten dobrze rozumie, że sąd ukarał w ten sposób nie żadną obrazę uczuć religijnych, tylko efektowne przywalenie Putinowi – tak samo jak Chodorkowski nie za żadne przekręty trafił do kolonii karnej, tylko za krytykowanie władzy. Dajcie człowieka, a paragraf się znajdzie…


Gottland (Mariusz Szczygieł)

Dodane: 10 września 2012, w kategorii: Literatura

okładka (Wydawnictwo Czarne)

– Dlaczego tu tak śmierdzi? – pyta swojego ojca Antonina sześcioletni Tomas Bata. Tak po raz pierwszy ujawnia chęć uporządkowania rzeczywistości.
Dział socjalny ma swoich szpiegów, którzy donoszą na kochanków. Jeśli tylko zauważą nowe więzi, stawiają parę do raportu. Firma zaleca im, żeby wzięli ślub i mieli dzieci.
Kierownik działu kadr, dr Gerbec mawia: – Dzieci to są smycze, za które trzymamy ich tatusiów.
We własnej gazecie „Zlin” Jan Antonin Bata ogłasza pomysł, z którym się obudził – przenieść Czechosłowację do Ameryki Południowej.
(…)
– Ale naród i jego kultura są ściśle związane z miejscem – słyszy zewsząd.
– Do dupy z kulturą, gdy na wojnie mają ginąć dzieci – odpowiada.
A poza tym, proszę pani, człowiek może umrzeć tylko raz. A jak umrze trochę wcześniej, to tylko troszkę dłużej jest umarły.
Człowiek, który ma zlikwidować Stalina – inżynier Vladimir Krizek – słyszy od władz najdziwniejsze zdanie w swoim życiu: – Macie zburzyć pomnik, ale z godnością.

Szkoła óczy

Dodane: 5 września 2012, w kategorii: Przemyślenia

Na polskim przerabiałem lektury, żeby się nauczyć przerabiania lektur, i pisałem wypracowania, żeby się nauczyć pisania wypracowań. Jedno i drugie niemal wyłącznie na przykładach starodawnych dzieł, które może i były w swoim czasie wybitne i przełomowe, ale dla człowieka urodzonego pod koniec XX wieku – zwykle nienadające się do czytania. Niestety, literatura według autorów kanonu lektur skończyła się na drugiej wojnie światowej, a potem powstawały już tylko utwory o tej wojnie traktujące, więc o omawianiu czegoś ciekawszego można było zapomnieć.

Na historii zakuwałem, zdawałem i zapominałem, bo i na co mi pamiętać te wszystkie daty, skoro istnieją encyklopedie – zresztą, co mnie obchodzą jakieś wojenki sprzed wieków, których znaczenie dla dzisiejszego obrazu świata jest przyzerowe. Za to o historii dziejącej się na naszych oczach nie było mowy bodaj ani razu, bo jakże to tracić czas na dyskusję o wojnie w byłej Jugosławii czy wejściu Polski do NATO, kiedy powstanie listopadowe jeszcze nieomówione. Tu również program się kończył na drugiej wojnie światowej.

Na fizyce, chemii, biologii i geografii takoż zakuwałem, zdawałem i zapominałem, bo rządziła Teoria, której praktyką się nie kalało – przypadki przeprowadzenia jakichś doświadczeń mógłbym dosłownie na palcach policzyć, nawet jeśli litościwie zaliczymy demonstrację papierka lakmusowego jako doświadczenie. Dobrze, że chociaż przekazywana nam wiedza nie kończyła się na drugiej wojnie światowej.

I tak dalej. Nad resztą przedmiotów nawet nie chce mi się znęcać – dość powiedzieć, że poza matematyką (którą lubiłem) i angielskim (który jako jedyny przedmiot odznaczał się bezdyskusyjną przydatnością), żadnego nie wspominam pozytywnie czy choćby neutralnie. Niemal zawsze miałem poczucie ogólnego bezsensu jak wyżej – wkuwanie wiadomości w 99% ani mnie nie interesujących, ani do niczego niepotrzebnych, a zresztą i tak w 99% natychmiast zapominanych. Całymi latami, w najbardziej kreatywnym okresie życia, kiedy mógłbym zamiast tego rozwijać swoje zainteresowania albo chociaż beztrosko się obijać.

Podobno całe to marnowanie czasu miało mnie przynajmniej nauczyć ciężkiej pracy. Nie nauczyło – jak byłem leniwy, tak pozostałem.

Tak więc zgadzam się z Kaczyńskim (!), że gimnazja należy zlikwidować. Z tym, że to samo powinno spotkać także licea (podstawówka może zostać, bo przekazuje rzeczywiście podstawową wiedzę, bez której trudniej byłoby się obejść), a w zamian wprowadził jakąś nową formę edukacji. Nie wiem jaką, ale nie ma się co bać eksperymentować – obecna jest bowiem kuriozalnym XIX-wiecznym przeżytkiem i tak czy siak kwalifikuje się tylko do zaorania. Gorzej nie będzie.

Jeśli ktoś sądzi inaczej, niech spojrzy na efekty tych lat zakuwania – ofiary naszego systemu edukacji uzyskały średnią 12.4 poprawnych odpowiedzi na 22 pytania typu „czy rośliny mają geny”. W teście, gdzie pytania były zero-jedynkowe, więc 11 punktów uzyskałaby statystyczna małpa. Innymi słowy, po dwunastu latach edukacji przeciętny Polak wyprzedza małpę o niecałe półtora punktu. Czy można wątpić, że potrzebujemy rewolucji?


RIP Blog Day

Dodane: 31 sierpnia 2012, w kategorii: Net

Blog Day kolejny nam nastał – i podobnie jak rok temu, nie zauważyłem nikogo, kto by popełnił okolicznościową notkę z tej okazji. Mało tego, sam przy próbie napisania takowej stwierdziłem z rezygnacją, że nie potrafię znaleźć żadnego nowego bloga godnego zareklamowania. To jest już koniec, nie ma już nic.

Pytanie tylko, co się stało z tą blogosferą? Wszystko pouciekało na fejsy, tłitery i gieplusy? Własny kawałek netu stał się passé? Ludziom odechciało się pisać teksty dłuższe niż 160 znaków? Kto za tym stoi? Jak żyć, panie premierze?


Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla za rok 2011

Dodane: 22 sierpnia 2012, w kategorii: Literatura

Rzecz się stała niesłychana – autorzy i wydawcy opowiadań, które dostały w tym roku nominacje do Nagrody Zajdla, zgodzili się na ich udostępnienie za darmo w sieci, dzięki czemu można się z nimi łatwo zapoznać bez konieczności szperania po różnych czasopismach i antologiach, w których były publikowane. Inicjatywa ze wszech miar godna pochwały i wypada mieć nadzieję, że w następnych latach stanie się to nową świecką tradycją (nie musi nawet być za darmo, byle było w wersji elektronicznej). E-booka (niestety tylko w PDF-ie) można pobrać np. z Polter.pl, do czego oczywiście zachęcam – a oto moje trzy grosze na temat zawartości:

Żar (Anna Brzezińska)

Stylizowana na ludowe podanie historia wyprawy czterech chłopów w poszukiwaniu mitycznego żar-ptaka. Czterech, ponieważ „musi iść mąż święty, żeby wieści przynieść i na drogę błogosławić, mądry, żeby drogę pokazać, zbrojny, żeby w drodze obronić, i młody a czystego serca, żeby ognistego raroga pochwycić”. Wyprawa ciężka i niebezpieczna, bo – jak to w legendach zwykle bywa – w osiągnięciu celu przeszkadzają siły nieczyste, a i sam żar-ptak łatwej zdobyczy nie stanowi. W dodatku trzeba go schwytać w ciągu siedmiu dni, albo nie uda się to w ogóle. Jak widać, sprawa niełatwa, więc i przebieg wyprawy musi być dramatyczny. Mi jednak ciężko się było przejąć losami bohaterów – przeczytałem bez emocji, stwierdziłem „może być” i tyle. Proza Brzezińskiej wybitnie mi nie leży, jak dotąd żaden z jej utworów mi nie podszedł i ten również nie był wyjątkiem.

Bajka o trybach i powrotach (Jakub Ćwiek)

Druga wojna światowa w konwencji baśniowo-steampunkowej, z nakręcanymi robotami w roli Niemców. Brzmi dziwnie? Cóż, oryginalności autorowi odmówić nie można, podobnie jak sprawności językowej, przejawiającej się w tak zgrabnych neologizmach, jak „teatrotrachia”, „tygrycykle”, „machinoptaki” czy „CeKaMamby”. Fabuła jednak z nóg nie zwala – prosta i przewidywalna historyjka o bohaterskim chłopcu, który (jak to w baśni) dzięki swojej przebiegłości samotnie stawia czoła potwornym wrogom. Tylko to, że historia jest opowiadana przez jego przyjaciół ukrywających się przed wrogiem w kanałach, pozwala od początku się domyślać, że happy endu tym razem nie będzie. Zakończenie też jednak z nóg nie zwala i pozostawia niedosyt, bo początek był więcej niż obiecujący.


Amber Gold – schody na dno

Dodane: 16 sierpnia 2012, w kategorii: Absurdy
  1. Amber Gold oferował „lokaty” z „gwarantowanym” oprocentowaniem 15%, co na kilometr śmierdziało piramidą finansową albo innym przekrętem, ale przez trzy lata interes się kręcił bez przeszkód.
  2. W kręceniu interesu nie przeszkadzało coroczne olewanie obowiązku składania sprawozdań finansowych.
  3. Nie przeszkadzało też, że już w połowie 2009 firma zaczęła dymać klientów, nie wypłacając im pieniędzy.
  4. Nie przeszkadzało nawet, że Plichta miał na koncie wyrok za przekręty finansowe, więc prowadząc firmę łamał prawo…
  5. …o czym już wiosną 2010 pisała Wyborcza. Ministerstwo Gospodarki zapowiadało wtedy przyjrzenie się sprawie, ale przez ponad dwa lata nie zdążyło tego zrobić.
  6. A ściślej rzecz ujmując, tych wyroków było sześć. Wszystkie w zawieszeniu, wszystkie (oczywiście oprócz pierwszego) w okresach zawieszenia poprzednich, mimo to do odwieszenia wyroku nie doszło ani razu. Najwyraźniej w Polsce wystarczy łamać prawo za każdym razem w innym mieście, bo żaden polski sąd w XXI wieku nie jest w stanie się dowiedzieć, że oskarżony dostawał już wyroki przed innymi sądami.
  7. Poza tym wyroki były kuriozalnie łagodne w stosunku do skali przekrętów, czego skrajnym przykładem wyrok z 2010 – za wyłudzenie pół miliona złotych Plichta dostał dwa lata (!) w zawieszeniu (!!) i nawet nie musiał zwracać wyłudzonych pieniędzy (!!!) – zatem łamanie prawa bardzo, ale to bardzo mu się opłaciło.
  8. Wobec tego wszystkiego trudno się już nawet oburzać faktem, że Amber Gold przez lata handlował złotem bez zezwolenia, oczywiście bezkarnie.
  9. Nadal jednak robi wrażenie informacja, że tak szemrana firma była w 2011 przez ponad pół roku oficjalnym partnerem RP.pl (tak tak, portalu Rzeczpospolitej), który serwował mu takie artykuły sponsorowane, że klękajcie narody.
  10. W czym zresztą nie ustępowała mu równie szacowna Gazeta Prawna.
  11. Mimo burzy medialnej wokół Amber Gold w ostatnich dniach, żaden urząd nie wpadł na pomysł zablokowania kont firmy, więc Plichta ostentacyjnie przelał 50 milionów do innej swojej spółki, żeby wierzyciele nie mogli się do nich dobrać…
  12. …a tak naprawdę to nawet nie wiadomo, gdzie przelał, bo potwierdzenia przelewów szybko okazały się sfałszowane.

Sporo tych schodów, a ostatnio praktycznie codziennie wychodzi na jaw kolejny, co i raz otwierając mi nóż w kieszeni. W cywilizowanym ponoć kraju w środku Europy jeden mały cwaniak od lat dyma wszystkich dookoła i trzepie miliony, a włos mu z głowy spaść nie może. Czekam jeszcze tylko na ostatni schodek, jakim zapewne będzie informacja, że Plichta wyjechał do jakiegoś Trapezfiku, który nie ma z Polską umowy o ekstradycji – bo przecież paszportu, o ile wiem, ciągle mu nie zabrali, więc czemu nie miałby tego zrobić? Z pięćdziesięcioma milionami na tajnym koncie głodować raczej nie będzie…

Pozostają tylko pytania: co tak naprawdę znaczy wyrok w zawieszeniu, jeśli można takie wyroki zbierać seryjnie i mimo to nie spędzić ani dnia w więzieniu? Ilu jeszcze mamy takich Plichtów, którzy dzięki nieudolności państwa dorabiali się podobnymi sposobami, ale zdążyli się bezpiecznie wycofać, zanim zainteresowały się nimi media? I czy minister Gowin zamierza wreszcie coś zrobić z totalnie skompromitowanym tą sprawą wymiarem sprawiedliwości, zamiast walczyć o prawa komórek jajowych?


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »