Cichy Fragles

skocz do treści

Frajerzy

Dodane: 17 marca 2009, w kategorii: Przemyślenia

Jakiś rok temu „Rzeczpospolita” ogłosiła, że lekarzom w Szkocji zakazano używać przy dzieciach słów „mama” i „tata”, żeby nie ranić uczuć homoseksualistów. Rzesze polskich prawicowców uniosły się gniewem, bluzgając ile wlezie na „terror politycznej poprawności”, by poniewczasie się dowiedzieć, że ta zadziwiająca informacja ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co wiadomości Radia Erewań: nie w Szkocji, tylko w jednym tamtejszym regionie; nie zakazano, tylko zasugerowano; i nie przy dzieciach w ogóle, tylko w rozmowach z dziećmi homoseksualistów. Ale co sobie konserwatyści pokrzyczeli, to ich.

Kilka miesięcy później któryś portal (chyba Wiadomości24, ale głowy nie dam) poinformował, że w jakimś unijnym dokumencie dotyczącym historii Europy pominięto rozbiory, wojnę polsko-bolszewicką, Katyń i coś tam jeszcze. Reakcję internautów (szczególnie na Wykopie) można było porównać tylko z wrzuceniem granatu do szamba, a ciężar obelg pod adresem „antypolskich fałszerzy historii” był wprost proporcjonalny do ich liczby. Jak się potem okazało, ów dokument nie wspominał o rozbiorach i innej naszej martyrologii z tego prostego powodu, że mówił on o historii Europy… po 1945. Ot, taki drobny szczegół, na który autor wiadomości nie zwrócił uwagi, a patryjotom nie przyszło do głowy, żeby to sprawdzić.


Weekendy są po prostu za krótkie

Dodane: 15 marca 2009, w kategorii: Varia

W każdy piątek sobie obiecuję, że w weekend zrobię to, tamto i siamto.

W każdą sobotę zwalam co się da na niedzielę.

W każdą niedzielę stwierdzam pod wieczór, że poniedziałek za pasem, a z zaplanowanych rzeczy zrobiłem w najlepszym razie jedną.

W każdy poniedziałek zaczynam czekać na następny weekend, podczas którego już na pewno się wezmę i zrobię wszystko, co zamierzam.

I jakby ten weekend był trochę dłuższy, to może nawet faktycznie by mi się udało.

Dlatego właśnie przez resztę tygodnia po cichu marzę o 32-godzinnym tygodniu pracy, albo chociaż 36-godzinnym (co drugi piątek wolny). Wiem, że w dobie kryzysu to marzenie niezbyt poprawne politycznie, ale jak już się ten kryzys skończy, to warto by było o tym pomyśleć. Przecież w dwudziestym pierwszym wieku miał panować dobrobyt i błogie lenistwo, a nie praca na pełny etat;-).


KK: Aborcja gorsza niż zabójstwo

Dodane: 9 marca 2009, w kategorii: Absurdy

W związku z zeszłotygodniową aferą w Brazylii postanowiłem przyjrzeć się bliżej kwestii ekskomuniki. Na początek zajrzałem do hasła w Wikipedii, gdzie wyczytałem, że ekskomunika grozi m.in. za:

  1. znieważenie postaci eucharystycznych (Kan. 1367),
  2. użycie siły fizycznej wobec papieża (Kan. 1370 § 1),
  3. rozgrzeszenie przez kapłana wspólnika grzechu nieczystości (Kan. 1378 § 1),
  4. udzielenie i przyjęcie sakry biskupiej bez zgody papieża (Kan. 1382),
  5. naruszenie tajemnicy konklawe przez personel pomocniczy (Universi Dominici Gregis art. 58),
  6. symonię przy wyborze papieża (Universi Dominici Gregis art. 78) jak również za inne wykroczenia naruszające konklawe: uleganie wpływom zewnętrznym (ibidem art. 80), zmowy między elektorami (ibidem art. 81),
  7. bezpośrednie naruszenie tajemnicy spowiedzi (Kan. 1388 § 1),
  8. przeprowadzenie lub dobrowolne poddanie się aborcji (Kan. 1398),
  9. apostazję (Kan. 1364 § 1),
  10. herezję formalną (Kan. 1364 § 1),
  11. schizmę (Kan. 1364 § 1).

Dziwna sprawa – poza aborcją są tu wymienione wyłącznie kwestie bezpośrednio związane z praktykami religijnymi. No ale skoro napisali, że „między innymi”, to może dobór przewinień przez autora hasła był tendencyjny. Zobaczmy zatem, co mówi na ten temat sam Kodeks Prawa Kanonicznego. Otóż mówi on bardzo ciekawie:

Kan. 1397 – Kto popełnia zabójstwo albo siłą lub podstępem porywa lub zatrzymuje człowieka, bądź go okalecza czy poważnie rani, powinien być ukarany stosownie do ciężkości przestępstwa pozbawieniami i zakazami, o których w kan. 1336. Zabójstwo zaś osób, o których w kan. 1370, jest karane tam ustanowionymi karami.

Kan. 1398 – Kto powoduje przerwanie ciąży, po zaistnieniu skutku, podlega ekskomunice wiążącej mocą samego prawa.

Prosto z piekła (Alan Moore i Eddie Campbell)

Dodane: 4 marca 2009, w kategorii: Literatura

Prosto z piekła | Alan Moore i Eddie Campbell (Timof i cisi wspólnicy)

Komiks zapiera dech w piersiach już w chwili, gdy się go bierze do ręki – waży bowiem co najmniej kilogram. Dech zapiera także cena – 110 złotych (lub 130, za wersję w twardej oprawie) zdecydowanie piechotą nie chodzi. No ale nie mówimy o byle jakim komiksie, tylko o jednym z najsłynniejszych dzieł Alana Moore’a, więc kto by tam się przejmował ceną;-).

Podtytuł brzmi „melodramat w szesnastu częściach”, ale nie radzę się tym sugerować – jeśli w ogóle można tę opowieść nazwać melodramatem, to jest to z pewnością najmroczniejszy i najtrudniejszy melodramat w historii gatunku. Nie uświadczymy tu banalnej fabuły, prostych bohaterów, szczęśliwego zakończenia ani innych cech typowych dla melodramatu. Czeka nas raczej spotkanie ze złem przez duże „Z”, uosabianym przez głównego bohatera, ale przenikającym cały opisany tu świat. Rzecz się dzieje w Londynie, jesienią 1888. Gdyby ktoś nie kojarzył – to czas i miejsce działania Kuby Rozpruwacza, niezidentyfikowanego mordercy prostytutek z Whitechapel. Moore postanowił opowiedzieć na nowo jego historię, a przy okacji dokonać studium mitu i jego relacji z rzeczywistością.

Zacznijmy od historii – oto ekscentryczny członek rodziny królewskiej, książę Albert, płodzi dziecko ze sklepikarką, a następnie potajemnie bierze z nią ślub. Oczywiście rodzina nie zamierza tego tolerować (mamy w końcu czasy wiktoriańskie), więc nieznani sprawcy po cichu odstawiają księcia do pałacu, a jego żonę do zakładu dla obłąkanych, gdzie niejaki William Gull – osobisty lekarz królowej Wiktorii – korzysta z okazji, by przeprowadzić na biednej sklepikarce okrutny eksperyment. Sprawa zamknięta? Nie do końca. O jej kulisach wiedzą bowiem cztery prostytutki, które pilnie potrzebują pieniędzy i postanawiają je zdobyć szantażując brata wspomnianego księcia. O próbie szantażu dowiaduje się królowa Wiktoria i natychmiast wzywa doktora Gulla, któremu poleca dyskretnie odnaleźć i uciszyć szantażystki. Doktor Gull sprawi się aż za dobrze…


Kółko i krzyżyk w CSS

Dodane: 1 marca 2009, w kategorii: Techblog

Były już Lemingi w DHTML-u, był Mario w JS, był nawet Defender w favikonce, więc postanowiłem też się wykazać w tej nieco absurdalnej konkurencji i w mitycznym wolnym czasie wystrugałem Kółko i krzyżyk w CSS.

Nie jest to może osiągnięcie porównywalne z powyższymi, ale i CSS nie daje wielkich możliwości interakcji. Cała sztuczka opiera się na sprytnym wykorzystaniu hovera – każde z pustych pól zawiera w sobie planszę z układem znaczków po kolejnym ruchu, gdzie znowu każde z pustych pól zawiera planszę itd. a najechanie na pole powoduje pokazanie tej planszy, która dzięki odpowiednim stylom zasłania poprzednią. Chyba nie muszę dodawać, w jakIEj przeglądarce to nie działa;-).

Jak nietrudno policzyć, nawet w tak prostej gierce liczba węzłów w drzewie wynosi 1 + 9 + (9*8) + (9*8*7) + (9*8*7*6) + … = cholernie dużo. Dlatego właśnie krzyżykami gra komputer, co pozwoliło zmniejszyć liczbę kombinacji do niecałej setki. To oczywiście i tak było zbyt wiele, żeby kodować to ręcznie, ale tę czarną robotę odwalił już za mnie prosty skrypt.

Cóż dodać – mogę tylko życzyć miłych zmagań, aczkolwiek bez szans na zwycięstwo [tu wstawić demoniczny śmiech].


Ziemkiewicz sięgnął bruku

Dodane: 25 lutego 2009, w kategorii: Polityka, Przemyślenia

Kiedyś Rafał A. Ziemkiewicz zaliczał się do moich ulubionych publicystów – co było o tyle ciekawe, że z przynajmniej połową jego poglądów absolutnie i fundamentalnie się nie zgadzałem. Nie mogłem mu jednak odmówić świetnego (i wyjątkowo ostrego) pióra, świetnej konstrukcji tekstów, bardzo celnej argumentacji, konsekwentnie przełamującej wszelkie stereotypy i utarte sądy, wreszcie wyjątkowej zręczności w przekonywaniu do swoich twierdzeń. Wszystkich tych cech mógł mu zazdrościć niemal każdy felietonista w kraju. Niestety, nie bez powodu wszystko to piszę w czasie przeszłym. Oto bowiem gdzieś tak pomiędzy rokiem 2004 i 2005 coś się w tej maszynie do produkcji felietonów zaczęło zacinać.

Pierwszym sygnałem spadku formy był porażająco durny tekst o problemach psychicznych dotykających polskich żołnierzy wracających z Iraku. Ziemkiewicz problemy te podsumował stwierdzeniem, że widocznie nasz bohaterski naród strasznie nisko upadł, skoro nasi żołnierze wpadają w depresję tylko dlatego, że ktoś do nich strzela, a tak w ogóle to w Bagdadzie jest bezpieczniej niż w typowym europejskim mieście, więc żołnierz powinien stamtąd wracać jak z wakacji. Trudno mi było uwierzyć, że ten stek bredni jest dziełem autora znanego z profesjonalizmu i bezlitosnego piętnowania ignorancji wśród kolegów po fachu – tym niemniej podpis nie pozostawiał wątpliwości. No ale pojedyncza wpadka może się zdarzyć każdemu.


Samolubny gen (Richard Dawkins)

Dodane: 19 lutego 2009, w kategorii: Literatura, Nauka

Samolubny gen | Richard Dawkins (Prószyński i S-ka)

Richard Dawkins jest ostatnio znany głównie jako wojujący ateista i autor „Boga urojonego”, przez co jego wcześniejsze dokonania zostały zepchnięte w cień. A szkoda, bo są one może mniej medialne, ale na pewno ważniejsze niż jego obecna publicystyka. Co prawda sam zainteresowany wydaje się uważać inaczej, ja jednak powtórzę tu za Einsteinem, że „polityka jest czymś istotnym tylko dzisiaj, a równania są wieczne” (oczywiście „równania” należy tu rozumieć metaforycznie). Krucjata Dawkinsa, nawet jeśli przyniesie jakieś efekty, prędzej czy później zostanie zapomniana, natomiast koncepcja samolubnego genu będzie „żyć” wiecznie, chyba że nastąpi jakaś niewyobrażalna dziś rewolucja, która by ją unieważniła.

Na czym ta koncepcja polega? Najkrócej rzecz ujmując, na przewartościowaniu roli genów w procesie ewolucji – według Dawkinsa to one są jej podmiotem, a osobniki, populacje czy gatunki jedynie przedmiotem. Innymi słowy, to nie geny są narzędziem służącym istotom żywym w walce o przetrwanie, lecz na odwrót – walka toczy się między genami, a wszelkie istoty (włącznie z nami) są tylko narzędziami wykorzystywanymi przez geny. Dla podkreślenia tego faktu Dawkins konsekwentnie używa terminu „maszyny przetrwania” na określenie wszelkich organizmów, podkreślając przy każdej okazji, że sensem ich istnienia jest rozpowszechnianie genów, które je tworzą.


Moje blogi roku 2008

Dodane: 14 lutego 2009, w kategorii: Net

Onet ogłosił wyniki konkursu na blog roku 2008 i po raz kolejny poza jednym czy dwoma wyjątkami nagrody przypadły blogom co najwyżej przeciętnym, a w paru przypadkach po prostu słabym – ze szczególnym uwzględnieniem głównej nagrody, którą dostał łzawy blog nastolatki prezentujący poziom szkolnych wypracowań. Znając laureatów trzech poprzednich edycji, nie powinienem się dziwić – na kilkadziesiąt dotychczas nagrodzonych blogów uzbierałoby się może dziesięć, które rzeczywiście na to zasługiwały – ale można było oczekiwać chociaż jakiegoś postępu, a tego wciąż nie widać.

Cóż, przynajmniej sprowokowało mnie to do przemyśleń, kto faktycznie zasłużył w zeszłym roku na wyróżnienie. Oto efekty tych przemyśleń:

W kategorii „humor” moją metaforyczną statuetkę otrzymują Kartonki za absurdalno-geekowsko-złośliwy humor w najlepszym wydaniu i świetne rysunki.

W kategorii „kultura” numer jeden to Cuda świata – blog o klasycznej sztuce i architekturze na najwyższym poziomie.

W kategorii „nauka” wygrywa Cytadela, wbrew tytułowi nie traktująca o architekturze ani strategii wojennej, lecz o fizyce, astronomii i kosmologii. Autor twierdzi, że jest tylko amatorem w tych sprawach, ale trudno w to uwierzyć;-).

W kategorii „net” nagroda niestety „pośmiertna”, bo blog net to miesiąc temu zakończył działalność (choć zastrzegł, że może kiedyś wróci). Ale zanim ją zakończył, pisał genialnie.

W kategorii „polityka”, skoro miniony rok był rokiem wyborów prezydenckich w USA, nie mógł wygrać nikt inny niż Biały Domek, który trzymał rękę na pulsie od pierwszego dnia kampanii prawyborczej do ostatniego zliczonego głosu w listopadzie.

Wreszcie w kategorii „świat” klasą sam dla siebie był blog pt. Konrad jest w Rwandzie. Co prawda działał na pełnych obrotach tylko przez parę miesięcy, ale jakością tych obrotów zwalał z nóg – dość wspomnieć chociażby wybitny tekst o ludobójstwie, bez żadnej przesady godny Kapuścińskiego. Do dziś nie mogę uwierzyć, że autor po powrocie do Polski wylądował na bezrobociu – może rynek pracy dla reporterów nie jest u nas wielki, ale żeby takie pióro pozostało zupełnie niezauważone? Jak dla mnie skandal.

A spośród blogów niemieszczących się w żadnej z ww. kategorii na najwyższy laur zasłużył Wojciech Orliński, którego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać ani rekomendować.

Niestety, nie przewidziałem żadnych skuterów ani innych nagród dla laureatów, ale jeśli któregoś spotkam w realu, to na pewno piwo (albo inny napój) postawię;-).


Zbrodnia i statystyka

Dodane: 10 lutego 2009, w kategorii: Przemyślenia

Od kilku dni cała Polska żyje wiadomością o tym, że gdzieś na drugim końcu świata (no, może trochę bliżej) jacyś psychole kogoś zamordowali. Rzecz niby niespecjalnie sensacyjna, bo każdego dnia, świątek, piątek czy niedziela, rozmaici psychole na całym świecie mordują w porywach do kilkuset osób i nikogo to specjalnie nie obchodzi – ale w tym akurat przypadku zamordowany był Polakiem, a mordercy pochwalili się swoją zbrodnią wszem i wobec, więc medialność automatycznie wzrosła tysiąckrotnie.

Mógłbym teraz napisać, co sądzę o takiej mentalności plemiennej i takiej hierarchii ważności, w której nic nie znaczący incydent, jakim była śmierć jednego polskiego inżyniera, stoi wyżej niż np. wielki atak terrorystyczny w stolicy Indii, o którym przez dwa i pół miesiąca tyle w polskich mediach nie napisano/powiedziano, co o tym inżynierze przez tydzień. Mógłbym też coś napisać o powszechnej histerii, w ramach jeden kretyn domaga się komisji śledczej, drugi chce wpisać do konstytucji zakaz negocjacji z terrorystami, a trzeci ogłasza naszą porażkę w wojnie z terroryzmem – ale tymi tematami zajmę się może kiedy indziej, a póki co wolę wspomnieć coś o statystyce.


Dwudziesta rocznica cudu nad Wisłą

Dodane: 6 lutego 2009, w kategorii: Polityka

Nie, to nie pomyłka, proszę nie korygować kalendarzy. Nie chodzi mi tu o bitwę warszawską (którą nazwano cudem całkowicie niesłusznie i z krzywdą dla jej bohaterów), tylko o wydarzenie może mniej efektowne, ale w polskich realiach daleko bardziej zadziwiające i unikalne – oto polityczni wrogowie, którzy od lat toczyli ze sobą świętą wojnę, postanowili się dogadać. Już samo w sobie zakrawało to na cud, a efekt tych rozmów – natychmiastowy, całkowicie bezkrwawy upadek systemu, który w powszechnej opinii miał się trzymać jeszcze przez dekady, a jak upaść, to tylko z wielkim hukiem – ten efekt nikomu się wtedy nawet nie śnił.

Cóż więcej dodawać – na temat Okrągłego Stołu powiedziano już wszystko, a w najbliższych miesiącach będzie się mówić jeszcze więcej, zatem poprzestanę na krótkich podziękowaniach dla autorów tego cudu. Autorów nieświadomych i często mimowolnych, ale jednak.


Dziękuję.


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »