Cichy Fragles

skocz do treści

Opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla 2012

Dodane: 29 sierpnia 2013, w kategorii: Literatura

Podobnie jak rok temu, opowiadania nominowane do Nagrody Zajdla zostały udostępnione za darmo w sieci (np. tutaj), co prawda niektóre z nich tym razem tylko we fragmentach, ale dobre i to. Zerknijmy zatem, co mają do zaoferowania nominowane teksty:

Będziesz to prać! (Jakub Ćwiek)

Dzwoneczek, wróżka z „Piotrusia Pana” zapragnęła normalniejszego życia i przeniosła się ze stadkiem bachorów do naszego świata. Bachory odrobinę podrosły i raczej nic dobrego z nich nie będzie, skoro już w podstawówce biorą się za drobne kradzieże. W dodatku robią w ten sposób konkurencję starszym kolegom, którzy nie zamierzają tego tolerować – i wiadomo, czym to się musi skończyć. Niestety, nie arcydziełem. Opowiadanie dobrze napisane i nawet zabawne, ale bez najmniejszych aspiracji do czegoś więcej.

Dwa kolejne nominowane teksty Ćwieka zostały niestety udostępnione tylko w króciutkich, parostronicowych fragmentach. „Co było, a nie jest…” prezentuje nam scenkę z człowiekiem na granicy psychozy, wędrującym bez celu, w przekonaniu, że w krok za nim podążają stada szczurów – zapowiada się to obiecująco, ale za krótkie, żeby stwierdzić coś więcej. „Kukuryku!” sugeruje zupełnie inne klimaty – ksiądz kończy grą na gitarze lekcję religii, po której klasa ma się wybrać do teatru… i koniec fragmentu. Tu nawet trudno powiedzieć, jak się zapowiada, bo z udostępnionego fragmentu w sumie nic nie wynika. Szkoda.

Portret nietoty (Jacek Dukaj)

Opowiadanie z antologii „Zachcianki. Dziesięć zmysłowych opowieści”. Faktycznie zmysłowe, ale nie w zwykłym tego słowa znaczeniu – jego tematem jest bowiem nieistniejący szósty zmysł. Zmysł, który w świecie przedstawionym posiadają wszyscy i do woli z niego korzystają – ale Laura, główna bohaterka, jest go pozbawiona. Może tylko próbować go zrozumieć za pomocą intelektu i przez odniesienia do innych zmysłów, ale jest to zrozumienie czysto teoretyczne, które nigdy nie zastąpi nieosiągalnego własnego doświadczenia. Żeby było ciekawiej, Laura ma za sobą związek z artystą zajmującym się oddziaływaniem na ten szósty zmysł – i podejrzenie, że to właśnie jej kalectwo najbardziej go w niej pociągało. Zaproszenie na wystawę jego nowych dzieł przyjmuje więc z mocno mieszanymi uczuciami…


Dylemat Eutyfrona

Dodane: 25 sierpnia 2013, w kategorii: Nauka

Czy pewne czyny są moralnie dobre (lub złe), ponieważ Bóg tak mówi, czy raczej Bóg tak mówi, ponieważ są dobre?

Innymi słowy: czy zasady moralne są arbitralnie ustalane przez Boga, czy raczej stanowią normę wyższego rzędu niż boskie nakazy? Obie odpowiedzi są z religijnego punktu widzenia mocno niewygodne, bo wynika z nich, że etyka jest albo kwestią czysto umowną, albo niezależną od Boga (ba, nawet stojącą ponad nim).

Dylemat, nazwany tak od bohatera jednego z dialogów Platona, został oczywiście gruntownie przemyślany przez filozofów (o czym można się przekonać, zerkając na hasło w Wikipedii), jednak satysfakcjonującego rozwiązania jak dotąd nie znaleziono. Poza oczywiście takim, że Boga nie ma, więc dylemat jest bezprzedmiotowy – ale dla wierzących taka odpowiedź oczywiście nie wchodzi w grę. Czy zatem ktoś ma inny pomysł, jak do tego problemu podejść?


Oblicza grozy

Dodane: 19 sierpnia 2013, w kategorii: Literatura

Zasadniczo wielkim fanem horrorów nie jestem, ale tak jakoś wyszło (głównie dzięki pierwszej edycji Bookrage), że trafiła mi się ostatnio cała ich seria – na zbiorczą notkę jak znalazł;-).


Opowiadania (Stefan Grabiński)

okładka (Bookrage)

Tworzący w początkach XX wieku Grabiński to klasyk polskiej opowieści grozy, a trzy zbiory z Bookrage dają niezły przegląd jego twórczości – w sumie aż 60 utworów. „Demon ruchu” to teksty o pociągach (kto by pomyślał, na ile sposobów można je wykorzystać w horrorze) i pożarach, dwa pozostałe zbiory nie mają żadnego klucza tematycznego – teksty z „Osady dymów” wydają się bardziej koncentrować na psychice bohaterów, a w „Sadzie umarłych” znajdziemy szczególnie dużo magii i śmierci, ale czy takie właśnie były kryteria doboru, raczej wątpię – zbyt dużo wyjątków od reguły.

Jak to zwykle bywa z klasyką, podstawowe pytanie brzmi: czy teksty się nie zestarzały? Cóż, ich wiek widać zarówno po stylu pisania (rozwlekła XIX-wieczna narracja, pełna rozbudowanych opisów, czego dziś w literaturze popularnej już się nie spotyka), jak i po treści – pełno tu modnego sto lat temu okultyzmu, pełno parapsychologii i innych teorii, które wówczas aspirowały do miana nauki – tak więc ogólnie czuć, że jesteśmy w czasach Żeromskiego czy Reymonta, momentami zalatuje trochę anachronizmem, ale dramatu nie ma. Rewelacji niestety też, ale z innych przyczyn.

Dominują tu bowiem krótkie formy, bez rozbudowanej fabuły, opierające się na pojedynczym pomyśle. Fakt, że tych pomysłów autorowi nie brakowało, mamy tu wiele niesztampowych rozwiązań i motywów: a to cienie w oknie odtwarzają zbrodnię sprzed lat, a to odbicie pokoju w lustrze nie do końca odpowiada oryginałowi, a to miejsca katastrof kolejowych układają się na mapie w czytelny wzór… Zwykle jednak nic poza tym pomysłem w pamięci nie zostaje, bo fabuła sprowadza się do jego przedstawienia. Z pozytywnych wyjątków mógłbym wymienić „Pożarowisko” (gdzie początkowa determinacja w walce z ciemnymi siłami niepostrzeżenie, drogą małych kroków, topnieje, by w końcu zmienić się w swoje przeciwieństwo) oraz „Salamandrę” – minipowieść, której bohater na zmianę ulega wdziękom czarownicy i mobilizuje się do walki z nią, a że w walce towarzyszy mu potężny mag, autor może trochę rozwinąć skrzydła.

Ten drugi przykład każe podejrzewać, że lepiej sięgnąć po inne powieści Grabińskiego, zamiast opowiadań, w których niestety rozmieniał się na drobne…

Ocena: 4-


Big datas

Dodane: 13 sierpnia 2013, w kategorii: Net, Przemyślenia


(obrazek via GoodData)

Gdy opublikuję ten wpis, jego treść zostanie zaindeksowana (czytaj: skopiowana) przez Google. To samo zrobi Bing, Yandex, Ahrefs i pewnie kilka innych wyszukiwarek. Przez RSS treść trafi także do webowych klientów typu The Old Reader, Ino Reader czy Feedly. Niniejszy akapit i powyższy obrazek znajdzie się na Facebooku i Google Plus. Wszystkie te witryny bez wątpienia robią backupy.

Już z tego, co wyliczyłem powyżej, wychodzi, że treść przeze mnie wytworzona zostanie powielona co najmniej dwadzieścia razy. Nie licząc kopii na moim dysku, na pendrajwie i w chmurze (też backupowanej), nie licząc nieznanych mi firm zbierających dane w sobie wiadomych celach, nie licząc spambotów kradnących treść, żeby mieć z czego tworzyć precle, nie licząc wreszcie przynajmniej kilkudziesięciu osób, które to przeczytają – choć u Was ta treść zostanie zapisana tylko tymczasowo (chyba że ktoś czyta to przez desktopowego klienta RSS, który nie usuwa automatycznie starych wiadomości).

W sumie – niewykluczone, że treść tego wpisu zostanie na stałe powielona stukrotnie albo i lepiej. A to przecież zaledwie wpis na małym blogu z garstką czytelników i przyzerową wiralnością. Ile razy są powielane newsy z portali albo śmieszne obrazki z Kwejka, nawet nie próbuję zgadywać. A to wszystko przecież i tak drobiazgi w porównaniu z oprogramowaniem, filmami czy muzyką, które kopiuje się milionami.

Szacuje się, że wszystkie dane zgromadzone przez ludzkość na komputerach zajmują obecnie ponad trzy zettabajty. Ciekawe, jaką część tej ilości stanowią unikalne dane. 1%?


Jestę tym co ję

Dodane: 7 sierpnia 2013, w kategorii: Absurdy

Popełniłem kiedyś (a ściślej mówiąc, niemal równo rok temu, ale to czysty przypadek) wpis na temat szczególnego wykwitu sztuki kaleczenia słów. Wykwit zauważyłem gdzieś w necie, więc wzbudziło to we mnie bardziej podziw dla ludzkiej inwencji, niż oburzenie – bo i co tu się przejmować jakimś anonimowym półanalfabetą. Ale dziś odkryłem, że na anonimowych półanalfabetach w necie rzecz się nie kończy:


(odkrycie via Polsky Python)

Próbuję wykrzesać z siebie jakiś stosowny komentarz, ale nijak mi nie wychodzi…


Liczenie baranów (Paul Martin)

Dodane: 31 lipca 2013, w kategorii: Literatura, Nauka

okładka (Muza)

Jak powszechnie wiadomo, we śnie spędzamy jedną trzecią życia (a przynajmniej powinniśmy, jeśli zależy nam na zdrowiu). Jednak o tym, co się z nami dzieje w tym czasie, czemu to służy i dlaczego musi tyle trwać, wiemy – oględnie mówiąc – niewiele. Zresztą, nie owijajmy w bawełnę – jak na jedną trzecią życia, wiemy karygodnie mało. Z pomocą niniejszej książki można jednak chociaż trochę podreperować swoją wiedzę.

Stwierdzenie, że sen jest ważny, to chyba największy truizm, jaki można na ten temat wypowiedzieć – a i tak okazuje się, że jego ważności nie doceniamy, systematycznie spychając go na sam dół listy priorytetów i odmawiając go sobie z najróżniejszych powodów. Tymczasem – co autor wielokrotnie podkreśla i wspiera licznymi argumentami medycznymi – niedobór snu może być przyczyną wielu schorzeń, lub przynajmniej zwiększać ryzyko ich wystąpienia. Poza tym skutkuje również doraźnymi problemami, np. z prowadzeniem samochodu – badania wykazały, że wystarczy skrócenie snu o dwie godziny przez kilka dni z rzędu, by sprawność kierowcy spadła do poziomu prezentowanego po osiągnięciu pół promila alkoholu we krwi. Jednak o ile jazda po pijanemu jest zakazana i otoczona społecznym potępieniem, o tyle jazdę w stanie niewyspania zarówno prawo, jak i społeczeństwo toleruje.

A do chronicznego niedosypiania jesteśmy wręcz zachęcani – przecież sen to strata czasu, w którym moglibyśmy pracować, imprezować lub w inny sposób aktywnie działać, zamiast bezczynnie leżeć. Nawet ludzie skądinąd lubiący sobie pospać (np. ja), chętnie by skrócili sen choćby i o połowę, gdyby dało się to osiągnąć bez dodatkowego zmęczenia i negatywnych skutków dla zdrowia. Jak dotąd się nie da – co prawda niektóre z dostępnych na rynku preparatów ponoć już mają niezłe wyniki z umiarkowanymi skutkami ubocznymi, ale na dłuższą metę żaden nie wydaje się dobry dla zdrowia. Oczywiście medycyna robi stałe postępy i kto wie, może za parę dekad spanie np. cztery godziny dziennie przez całe życie stanie się możliwe, z daleko idącymi konsekwencjami dla naszego planu dnia – ale to może temat na osobną notkę.


Magnez na nieuków

Dodane: 25 lipca 2013, w kategorii: Absurdy, Nauka

Leci ostatnio w radiu taka reklama:

– Panie profesorze, jaki magnez najlepiej wybrać?
– Oczywiście naturalny! Chyba nie chciałaby pani spożywać produktów syntezy chemicznej?
– Jasne, że nie, ale który magnez jest naturalny?
– Tylko ten zawarty w suplemencie diety X, który zalecam każdemu, ponieważ [bla bla bla]

Krótki propagandowy dialog, a ile nonsensów udało się w nim zmieścić, aż trudno uwierzyć.

Po pierwsze: magnez jest pierwiastkiem, a nie związkiem chemicznym, więc nie można go otrzymać w drodze syntezy – polega ona bowiem na uzyskiwaniu złożonych produktów z prostszych substratów, a nie na odwrót. Chcąc dostać czysty magnez, powinniśmy zastosować raczej redukcję.

Po drugie: straszenie syntezą chemiczną to debilizm bezdenny, jako że jej produktami są niemal wszystkie otaczające nas substancje, włącznie ze spożywczymi. Nawet zwykła woda stanowi produkt syntezy chemicznej (tlenu i wodoru). Gdyby zatem ktoś chciał rzeczywiście nie spożywać produktów syntezy, musiałby nic nie pić, a jeść… hmm, węgiel?

Po trzecie: co to właściwie jest ten „naturalny magnez”? Magnez w stanie wolnym w ogóle nie występuje w naturze, przynajmniej nie na Ziemi. Poza tym nie jest jadalny – możemy spożywać tylko zawierające go związki chemiczne, powstałe oczywiście w drodze syntezy. Jeśli reklamowany preparat takim związkiem nie jest – cóż, nie radziłbym go zażywać.

Po czwarte: dzienne zapotrzebowanie dorosłego człowieka na magnez ocenia się na 0.3 – 0.5 grama, a jego śladowe ilości można znaleźć w zdecydowanej większości produktów spożywczych, więc niedobór nam nie grozi, jeśli nie stosujemy jakiejś specyficznej diety. A gdyby nawet, to do jego pokrycia w zupełności wystarczy np. kubek kakao. Albo ćwierć kilo kaszy gryczanej, albo podobna ilość fasoli, albo tabliczka czekolady. Albo wiele innych możliwości, zdecydowanie tańszych od jakiegoś suplementu. I bezpieczniejszych, bo tak rozproszonego magnezu nie da się przedawkować, a skoncentrowany w pigułce – jak najbardziej.

Z chemii zawsze byłem cienki, jechałem ledwo na trójkach (co proszę mieć na uwadze, gdybym coś powyżej pokręcił;-)). Zastanawia mnie zatem, jakie oceny zbierali twórcy tej reklamy…


A kiedy piłkarze?

Dodane: 20 lipca 2013, w kategorii: Futbol, Przemyślenia

(obrazek via New York Times)

Tytułowe pytanie nachodzi mnie za każdym razem, kiedy słyszę o kolejnej aferze dopingowej, a ostatnio naszło mnie oczywiście przy okazji wpadki jamajskich sprinterów. Doping wydaje się bowiem coraz bardziej przeżerać sport wyczynowy – choć trudno powiedzieć, na ile jest to rzeczywisty wzrost, a na ile efekt skrupulatniejszych kontroli – i coraz trudniej wierzyć, by jakakolwiek dyscyplina była od niego wolna. A moje podejrzenia co do piłkarzy wzmacnia – paradoksalnie – brak afer.

Nie, nie upadłem tak nisko, by brak dowodów uznawać za dowód, że zostały zniszczone. Swoje przypuszczenia (w żadnym razie nie aspirujące do miana czegoś więcej niż przypuszczeń) opieram na rachunku prawdopodobieństwa: zawodowych piłkarzy jest wielokrotnie więcej, niż przedstawicieli jakiejkolwiek innej dyscypliny, konkurencja ogromna, gra się toczy o coraz bardziej obłędne pieniądze (które przecież potrafią zagłuszać głos sumienia wyjątkowo skutecznie), więc należałoby się spodziewać, że i oszustów korzystających z dopingu będą w tym sporcie tłumy, nawet gdyby procentowo było ich znacznie mniej niż np. wśród kolarzy.

Tymczasem poza słynną wpadką Maradony na MŚ’94, poważniejszych afer dopingowych w futbolu ze świecą szukać. Jedyne w miarę rozpoznawalne nazwiska, jakie podrzuca Google, to Abel Xavier i Mohamed Kallon, Wikipedia dodaje jeszcze kilka mniej znanych przypadków z czołowych europejskich lig – i na tym koniec. Zadziwiająco mało, biorąc pod uwagę, że sama tylko ekstraklasa to czterystu-pięciuset zawodników w każdym kraju, a ile tych krajów, a gdzie niższe ligi…


Kryzys

Dodane: 14 lipca 2013, w kategorii: Varia

Napisałbym coś. Naprawdę. Ale ni cholery nie mam weny. O czymkolwiek pomyślę, wydaje się banalne, słabe, nudne, i kto to w ogóle przeczyta.

Wiem, są takie dni w miesiącu i w ogóle. Ale to trwa już od kilku tygodni, a światełka w tunelu ciągle nie widać. Cóż tu począć?


Święta krowa

Dodane: 7 lipca 2013, w kategorii: Absurdy, Polityka

Przedsiębiorca przegrał konkurs organizowany przez państwową instytucję. Oburzył się z tego powodu niesamowicie, narobił szumu, wezwał swoich klientów do demonstracji w obronie swojej jakoby zagrożonej upadkiem firmy, część mediów go w tym poparła. Wspomniana instytucja rozpisała kolejny konkurs, tym razem zawężając kryteria do dziedziny, w której firma prawie nie ma konkurencji, i bezczelnie dopasowując warunki do profilu firmy, żeby nie było najmniejszej szansy, że wygra ktoś inny. W efekcie oczywiście wygrał faworyt, rywali w zasadzie nie mając.

Gdyby ten przedsiębiorca nazywał się np. Kulczyk, ciąg dalszy byłby wiadomy: potężna afera, krzyki o Układzie i przeżartym korupcją państwie, żądania powołania komisji śledczej i dekapitacji wszystkich odpowiedzialnych za konkurs… Oczywistość. Ale delikwent nazywa się Rydzyk, więc nic z tych rzeczy – zero oburzenia, wszystko jest w najlepszym porządku, nawet jego wrogowie protestują co najwyżej półgębkiem.

Nie żeby mnie to dziwiło – wszak KRRiTV od dawna słynie ze stawania na głowie, byle Rydzykowi krzywdy nie zrobić – ale ciągle drażni. Zwłaszcza kiedy ta święta krowa muczy wniebogłosy, jak ją to zbrodnicze państwo prześladuje.


« Starsze wpisy Nowsze wpisy »