Cichy Fragles

skocz do treści

I am the world!

Dodane: 23 lipca 2014, w kategorii: Przemyślenia

„Oceniam potrzeby światowego rynku na około pięć komputerów” – miał stwierdzić prezes IBM w roku 1943. Co prawda w rzeczywistości niczego takiego nie powiedział, ale gdyby nawet, to w tamtych czasach byłaby to jak najbardziej realistyczna ocena – w rzeczy samej, dopiero w latach 50-tych IBM zaczął sprzedawać więcej niż pięć komputerów rocznie.

A dziś… Cóż, ostatnio zauważyłem, że sam jeden posiadam więcej niż pięć komputerów: stacjonarny, netbook, tablet, czytnik, komórka, na upartego jeszcze odtwarzacz MP3 można podciągnąć – co prawda z bardzo okrojoną funkcjonalnością, ale nawet on parametrami bije na głowę wszystkie komputery świata z lat 40-tych czy 50-tych razem wzięte; w telewizorze, choć to straszny staroć, też na pewno siedzi jakiś procesor i kawałek pamięci, więc na bardzo upartego i on by się załapał. A do tego jeszcze mógłbym wyciągnąć z szafy stare częsci stacjonarnego kompa, dokupić obudowę i złożyć kolejny pełnoprawny komputer, starą komórkę jeszcze można doliczyć, też przecież w szafie zalega – i w sumie by wyszło dziewięć!

Gdyby ktoś w 1943 (ba, niechby nawet w 1983) powiedział, że przyjdą czasy, kiedy jeden człowiek będzie mógł mieć w domu dziewięć komputerów i nie będzie to żaden fenomen (idę o zakład, że większość czytających te słowa może się pochwalić co najmniej porównywalną liczbą), byłoby to oczywiście uznane za nonsens niewarty komentowania – ale nikt tak nie stwierdził, bo wykracza to ponad ówczesne wyobrażenia tak dalece, że nawet jako teoretyczna, zupełnie nieprawdopodobna możliwość, nie miało racji bytu.

Tu proponuję mały eksperyment myślowy: wyobraźmy sobie jakiś absolutnie hurraoptymistyczny scenariusz rozwoju technologii przez najbliższe kilkadziesiąt lat – a potem spróbujmy go jeszcze przebić o parę rzędów wielkości. Absurd? A z rozwojem komputerów tak właśnie było…


7+1 rzeczy, za które zapamiętamy mundial w Brazylii

Dodane: 15 lipca 2014, w kategorii: Futbol

7. Goal-line i kreski na boisku

Szok! FIFA dopuściła użycie nowoczesnej technologii przez sędziów! Co prawda nie miało to większego wpływu na cokolwiek (wątpliwości, czy piłka przekroczyła linię bramkową, pojawiły się bodaj tylko w meczu Francja-Honduras, a kreski to bardziej bajer niż realna zmiana), ale jest precedens i nadzieja, że powtórki wideo w końcu też się kiedyś pojawią, dzięki czemu sędziowie nie będą musieli polegać wyłącznie na swoich oczach, jak zwierzęta. Może na mundialu w 2030 (bądźmy realistami…) już nie będzie takich wpadek jak w meczu Meksyk-Kamerun czy Bośnia-Nigeria.


6. Kostaryka

Jedna z teoretycznie najsłabszych drużyn, która w dodatku wylądowała w grupie śmierci i nikt by nie miał większych pretensji, gdyby przegrała wszystkie mecze. A tu sensacja – zasłużone pierwsze miejsce w grupie, potem awans do ćwierćfinału (mimo gry w dziesiątkę przez ponad godzinę) i heroiczna walka aż do karnych z Holandią. A pomyśleć, że raptem osiem lat temu ta sama Kostaryka przegrała na MŚ z Polską…


5. Wejście Krula

Kto by pomyślał, że dostanie aż 7% w wyborach i… Tfu, nie tego Krula miałem na myśli, tylko Tima Krula – rezerwowego bramkarza Holandii, wpuszczonego w ostatniej minucie dogrywki z Kostaryką, żeby bronić w karnych. Oryginalna zagrywka okazała się doskonałym pomysłem, o dziwo jednak z Argentyną powtórki nie było. Podobno dlatego, że Cillessen był wściekły z powodu zmiany i van Gaal mu obiecał, że więcej tego nie zrobi – jeśli tak, to był to gruby błąd, bo interes zawodnika nie może stać wyżej niż interes drużyny, a który z holenderskich bramkarzy lepiej broni karne, widać było bardzo wyraźnie.


Memy, mózg, moralność

Dodane: 9 lipca 2014, w kategorii: Literatura, Nauka

Maszyna memowa (Susan Blackmore)

okładka (Rebis)

A kto to ten Memow? Wiem, straszny suchar, ale nie mogłem się powstrzymać.

Jak wiemy z „Samolubnego genu”, podmiotem ewolucji nie są osobniki ani gatunki, tylko rywalizujące ze sobą geny, dla których żywe organizmy stanowią tylko narzędzia. Tamże pojawiła się koncepcja memów, które budują idee tak jak geny budują organizmy, i tak jak one również toczą egoistyczną wojnę o przetrwanie, podlegającą prawom doboru naturalnego. Susan Blackmore, gorliwa uczennica Dawkinsa, zebrała jedno i drugie do kupy, dochodząc do wniosku, że nasze umysły są tym dla memów, czym organizmy dla genów – narzędziem i nośnikiem, służącym do walki o ich interesy. A jeśli tak, to ewolucja umysłu powinna dać się opisać z punktu widzenia memetyki równie dobrze jak ewolucja biologiczna z punktu widzenia genetyki.

Problem w tym, że się nie da. A przynajmniej nie całkiem. Po paru dekadach od pojawienia się pojęcia memu widać już wyraźnie, że jest to raczej wygodna metafora, niż pojęcie stricte naukowe – a już na pewno nie jest to prosty odpowiednik genu, choćby z tego względu, że relacja między umysłem a memami jest obustronna (memy wpływają na umysł i vice versa), podczas gdy organizmy nie potrafią wpływać na swoje geny. Tym bardziej więc na pojęcie „maszyny memowej” należy patrzeć z przymrużeniem oka – czego autorka niestety nie robi, swoją ideę traktując całkiem dosłownie, a w końcówce już zupełnie jadąc po bandzie teorią, że nawet świadomość to nic innego jak produkt memów, który zaistniał i się rozwinął tylko dlatego, że ułatwia ich rozprzestrzenianie. Serio?

Ale przymykając oko za autorkę, można się z tej książki sporo dowiedzieć o biologii ewolucyjnej, o tym jaką rolę w rozwoju naszego gatunku odegrała niespotykana w naturze umiejętność i skłonność do naśladowania innych, jak rozwój cywilizacji wpływał (z wzajemnością) na przepływ idei, jak wiele – mimo wszystko – jest analogii między rywalizacją idei a selekcją naturalną i jak za pomocą pojęć z zakresu ewolucjonizmu można tłumaczyć rozliczne zjawiska społeczne (wytłumaczenie memetyczne wydaje się w większości opisanych tu przypadków nadmiarowe, skoro nie wnosi niczego nowego w porównaniu z innymi interpretacjami, ale zawsze to dodatkowy punkt widzenia). Dzieło na miarę „Samolubnego genu” to nie jest, tym niemniej sporo ciekawych rzeczy można tu wyczytać.

Ocena: 4


Pytanie imperatywne

Dodane: 2 lipca 2014, w kategorii: Polityka

Gdybyście mieli możliwość wprowadzić do prawa jeden i tylko jeden przepis, ale z absolutną gwarancją, że będzie on obowiązywać na wieki wieków i niezależnie od wszystkiego już nigdy nie będzie go można w żaden sposób zmienić ani usunąć – co by to było?


W przerwie mundialu

Dodane: 27 czerwca 2014, w kategorii: Futbol

Zawsze wolałem mistrzostwa Europy od mistrzostw świata, głównie ze względu na rundę grupową. Na Euro – od pierwszego meczu gra o wszystko, bo poziom wyrównany, outsiderów prawie nie ma, a drużyn z medalowymi ambicjami po parę w każdej grupie. Na MŚ – z jednej strony potęgi traktujące pierwszą rundę jak rozgrzewkę, z drugiej „sympatyczne” drużyny z egzotycznych kraików marzące tylko o pokazaniu się światu (bo na więcej ich nie stać), w dodatku trwa to wszystko wieki.

Tym razem jednak runda grupowa miała niewiele wspólnego z powyższym opisem. Kuriozalny podział na koszyki (Belgia i Szwajcaria wyżej od Holandii, Francji i Portugalii? Go home FIFA, you’re drunk) sprawił, że potęgi powpadały na siebie, dając nam aż trzy grupy śmierci i tyleż „grup życia”, natomiast wyjątkowo ani jednej z podziałem na dwóch pewniaków i dwóch outsiderów – tak więc mieliśmy sporo hitów i nawet w słabych grupach sporo emocji, do tego rekordowo dużo bramek… Ale mimo wszystko trwało to wieki i pod koniec już mi się nie bardzo chciało oglądać, zwłaszcza że większość spotkań w ostatniej kolejce tradycyjnie już było o pietruszkę/honor. Pod tym względem MŚ niestety rady nie dają i już dawać nie będą, bo przecież się nie skurczą.

Na szczęście w fazie pucharowej meczów bez stawki nie ma, aczkolwiek wytypowanie półfinalistów nie wydaje się tym razem zbyt trudne: Brazylia-Niemcy i Holandia-Argentyna, każda inna opcja będzie sporą niespodzianką. A co dalej? Kusi mnie, żeby postawić na Niemców, ale wróżyłem im już mistrzostwo na trzech poprzednich turniejach i za każdym razem byłem w błędzie. Co prawda zgodnie z prawem Murphy’ego, jeśli teraz na nich nie postawię, to dla odmiany wygrają, ale prawo Murphy’ego nie działa, jeśli próbuje się je świadomie wykorzystać;-).


Różnice

Dodane: 19 czerwca 2014, w kategorii: Absurdy


(obrazek by Parada Karzełków)

Wyczytane we wczorajszym Dużym Formacie:

Pani mnie pyta, co by to było, gdyby większość w parlamencie pewnego dnia stanowili świadkowie Jehowy i wobec tego ustanowili zakaz transfuzji krwi. Odpowiem tak: tym się różnią katolicy od świadków Jehowy, że ci drudzy się mylą.

Tamże, w kolejnym tekście:

Żonie jednego znanego przeciwnika diagnostyki prenatalnej robiłem amniopunkcję, w wielkiej tajemnicy, żonie obrońcy życia terminowałem ciążę z zespołem Downa. Pytałem: jak to jest, przecież jesteście przeciw? A oni mówili: słuchaj, to naprawdę „wyjątkowa sytuacja” Wyjątkowa, bo dotyczyła ich osobiście, a nie ich pacjentek. Bo dla pacjentek zawsze mają żelazne sumienie.

Nie muszę chyba dodawać, że oba teksty gorąco polecam w całości.


Odrdzewiacz

Dodane: 15 czerwca 2014, w kategorii: Nauka

Stand back, I'm going to try science.

Odkamieniałem niedawno czajnik – z takim efektem, że kamień wprawdzie zszedł, ale spod niego wyszła rdza (tak, wiem, powinienem był go odkamieniać częściej niż raz na sto lat). A jak rdza, to trzeba kupić odrdzewiacz i… no właśnie, skoro Coca-Cola bywa złośliwie nazywana odrdzewiaczem, to może by tak skorzystać z okazji i sprawdzić doświadczalnie, czy rzeczywiście zasługuje na to określenie?

Bardzo słuszna koncepcja, stwierdziłem, a ponieważ doświadczenie naukowe jest niewiele warte bez publikacji, postanowiłem udokumentować na blogu jego przebieg.


Sytuacja wyjściowa wewnątrz czajnika wyglądała następująco:

Czajnik przed odrdzewianiem (kliknij obrazek, aby go powiększyć)

Nie za ładnie, prawda? Zalejmy to zatem Colą i zobaczmy, co z tego wyniknie.


Nowy wspaniały świat (Aldous Huxley)

Dodane: 10 czerwca 2014, w kategorii: Literatura

okładka (Muza)

Wstyd przyznać – taki klasyk, a ja go dopiero teraz przeczytałem. Co prawda klasyki mają to do siebie, że nie trzeba ich czytać, żeby wiedzieć, o czym są – dawno więc wiedziałem, że to historia o dystopijnym świecie przyszłości, gdzie ludzi seryjnie się produkuje drogą klonowania, a wyższa kultura przestała istnieć, zastąpiona przez rozbuchany konsumpcjonizm, pigułki szczęścia i prymitywne rozrywki. Taka powierzchowna wiedza nie może jednak zastąpić samodzielnej lektury.

A z samej lektury, po świetnym wstępie przybliżającym nam tajniki produkcji ludzi (naturalne porody już w ogóle się nie zdarzają, a słowa typu „matka”, „ojciec” czy „rodzina” uchodzą za tak wulgarne, że w tekstach zwykle się je wykropkowuje), dowiadujemy się, że w owym świecie, inaczej niż u Orwella, rzeczywiście panuje powszechne szczęście i dobrobyt – co i nie dziwi, skoro ludzie już na etapie prenatalnym (w butlach zastępujących łono matki) poddawani są stosownej obróbce, żeby jak najlepiej pasować do przewidzianej dla nich roli w społeczeństwie, no i jak najlepiej się z tym czuć. Po narodzinach wybutlowaniu obróbka zresztą nie ustaje – niemowlęta poddawane są bodźcom mającym w nich wyrobić „właściwe” odruchy i skojarzenia, a dzieciom nieco starszym wtłacza się prawomyślne treści do główek przez sen, za pomocą magnetofonu powtarzającego w kółko wierszyki i slogany.

Po takim wychowaniu kontrola w dorosłym życiu jest już niepotrzebna – ludzie zostali tak uformowani, że istniejący porządek nie może im się nie podobać, jakiegokolwiek miejsca by w nim nie zajmowali. Mimo wszystko czasem się zdarzają aspołeczne jednostki, takie jak Bernard Marks (większość bohaterów nosi tu imiona lub nazwiska znanych komunistów, co ma zapewne odpowiednio uwarunkować czytelników). Z tajemniczych powodów (niektórzy sugerują niesprawność butli) różni się on trochę od innych i krzywo patrzy na idealne społeczeństwo, a szczęśliwy zbieg okoliczności pozwoli mu trochę w tym społeczeństwie trochę namieszać.


Jeszcze jeden wpis rocznicowy

Dodane: 4 czerwca 2014, w kategorii: Polityka

W 1989 miałem osiem latek, osiem i pół, sięgałem czułkami ponad stół i oczywiście niezbyt się interesowałem polityką. Coś tam spod tego stołu słyszałem, że solidarność się wałęsa – ale niewystarczająco, żeby rozumieć o co chodzi, więc historycznych wyborów nie zauważyłem.

Nie mogłem jednak nie zauważyć efektów.

Żeby co młodsi czytelnicy mogli z grubsza pojąć, o czym mowa, krótki rys historyczny. Otóż za komuny nie było nie tylko komórek i internetu (szok! jak ludzie wtedy żyli?), ale nawet prawdziwej telewizji – mieliśmy do wyboru raptem dwa programy, jedynkę i dwójkę. Z tego względu ówczesne telewizory zwykle nie miały nawet numerków do zmiany kanałów, tylko prosty przełącznik – w górę program pierwszy, w dół drugi i koniec. Na obu programach niewiele zresztą było do oglądania, zwłaszcza dla ośmiolatka – codziennie o siódmej wieczorem Wieczorynka (czyli bajki typu Reksio czy Bolek i Lolek, przez całe pół godziny), w sobotę również półgodzinne „5-10-15” (liczby symbolizujące zalecany wiek widzów – tak, naprawdę dawali program dla pięcio- i piętnastolatków jednocześnie), a w niedzielę Teleranek (który zwykle przesypiałem, bo wcześnie rano puszczali, jak sama nazwa wskazuje). I zasadniczo tyle, kwestię jakości pominę.

Czujecie klimat?

No to wyobraźcie sobie teraz pojawienie się w tym krajobrazie telewizji satelitarnej – kilkadziesiąt kanałów, w tym parę specjalnie dla dzieci, z kreskówkami Warner Bros, Disneya i co tam tylko kapitalistyczny świat miał do zaoferowania, wszystko takie fajne, że na Reksia żal już było nawet patrzeć. Szare życie ośmiolatka nagle stało się piękne, kolorowe i bogate, a przed telewizorem można było siedzieć cały dzień (gdyby oczywiście rodzice nie odganiali) i ani trochę się nie nudzić. Nawet reklamy nie przeszkadzały, bo pokazywali w nich takie wypasione zabawki, o jakich wcześniej nam się nie śniło…

I tak właśnie było ze wszystkim, droga młodzieży. Jedzenie, ubrania, meble, samochody, prasa – wszędzie tam, gdzie po półwieczu budowania najlepszego z systemów gospodarka planowa dawała nam kilka opcji na krzyż, albo w ogóle tylko jedną (sery na przykład były dwa – biały i żółty), kapitalizm niemal dosłownie z dnia na dzień dorzucał ich dziesiątki, do wyboru do koloru, a najmarniejsza z nowych opcji bez trudu spychała w cień najlepszą z dotychczasowych. I nawet nie trzeba było stać po te cuda w kilometrowych kolejkach, jak po wszystko za komuny, bo odwieczne problemy z zaopatrzeniem zniknęły, jak ręką odjął.

Zwracam się w tym wpisie do młodzieży, ponieważ z upływem czasu naturalną koleją rzeczy mamy coraz więcej ludzi, którzy PRL-u pamiętać nie mogą – więc dość łatwo im wmówić, że w sumie to wtedy było z grubsza tak jak dziś, albo i lepiej. Przekonałem się o tym dobitnie, dyskutując kilka miesięcy temu z chłopaczkiem, który zupełnie serio twierdził, że transformacja to porażka i guzik mamy a nie dobrobyt, bo jego nie stać na buty za tysiąc dolarów. Chłopaczkowi w głowie nie postało, że za komuny tysiąc dolarów stanowiło prawie równowartość rocznej pensji i na palcach nóg jednej stonogi dałoby się policzyć Polaków, którzy byliby w stanie wyłożyć taką forsę na buty…

Zapamiętajcie sobie zatem, droga młodzieży, że nie było lepiej. Nie było nawet porównywalnie. Było dużo, dużo gorzej, pod każdym względem, a minione 25 lat to okres największego boomu gospodarczego w dziejach Polski. Jeśli uważacie, że teraz jest źle, to zaprawdę powiadam wam – nie chcecie wiedzieć, z jakiego poziomu startowaliśmy.


Sześć lat bloga

Dodane: 29 maja 2014, w kategorii: Prywata

Jejku, jak ten czas leci – wydawałoby się, że dopiero co pisałem piąty wpis rocznicowy, a tu już na szósty przyszła pora. Sam nie wiem, kiedy ten rok przeleciał.

Niestety, przeleciał niezbyt owocnie – zaledwie 56 wpisów to drugi z rzędu antyrekord, a 296 komentarzy to już zupełna porażka, w porównaniu z poprzednimi latami spadek prawie o połowę. Nie muszę chyba dodawać, że średnia 5.29 komcia na wpis to również historyczne dno. Nie jest dobrze, oj nie.

A to znak, że trzeba coś zmienić. Ponieważ najłatwiej o powierzchowne zmiany, na dobry początek postanowiłem trochę odświeżyć layout – czego efekt, mam nadzieję, widać gołym okiem. Wierzę, że zmiana spotka się z pozytywnym odzewem ludu pracującego miast i wsi, skutecznie odwracając uwagę od przejściowych trudności i braku innych reform;-).

Nawet po nieudanym roku jest się jednak czym pochwalić:

Najpopularniejsze wpisy

  1. Magnez na nieuków
  2. Dylemat Eutyfrona
  3. Zagadka geometryczna
  4. Zagadka probabilistyczna
  5. Science fiction (Jacek Dukaj)
  6. Kobiety są gorące
  7. Narud sie pszebudza
  8. Science & Fiction: Grawitacja
  9. Oblicza grozy
  10. Święta krowa

Najwięcej komentarzy

  1. Sposób na niedźwiedzia (22)
  2. Magnez na nieuków (18)
  3. Dylemat Eutyfrona (17)
  4. Kobiety są gorące (15)
  5. Człowiek zaczyna się od porodu (14)
  6. Zagadka probabilistyczna (11)
  7. Święta krowa (10)
  8. Ta ostatnia niedziela… (10)
  9. Zagadka geometryczna (10)
  10. I tylko czasu brak (9)

« Starsze wpisy Nowsze wpisy »